ZYZIO – FAN TEATRU.

Kulisy aktorstwa.

 kurtyna

Duże uszy Zyzia wpadły do zupy. Klasnęło, aż się echo po pustej scenie poniosło. Zupa była mleczna, a Zyzio kochał teatr.

- Zaraz wam tu taniec chochoła odwalę – pochwalił się Zyzio – bo ja kocham teatr awangardowy, czyli takie sztuki, w których nawet wiadro na pomyje gra role amanta, a akcja „Ogniem i mieczem” rozgrywa się na boisku hokejowym.

Nazwijmy to, co tworzył Zyziek „Teatrem siódmej nocy” – chodzenie po scenie z workiem na ziemniaki i mówieniem: Doprawdy emanuje z ciebie nędza wszechświata”. Takie ambitne spojrzenie na teatr, żywcem wzięte z ogólniaka społecznego w Raciborzu, nie otwiera bram ku karierze komercyjnej w Nestle Adriatic Poland. Albo alienacja, albo ciepła posadka i śledzie.

Albo śledzie. Takie ryby, co w occie umierają na koklusz. A Zyziek w międzyczasie tworzy mjuzikal satyryczny (satyryczny znaczy prawie to samo, co komediowy, tylko śmiać się nie ma z czego) pod tytułem : „Łi Łisz Ju E Meri Christmas” z muzyką Krzyśka Olo Komedy i solówkami Grześka Skawińskiego z kapeli Zwykły Kadett z Nadbudówką alias KOMBI. Ambitna rzecz. Problem w tym, że jeden jasnowidz przepowiedział: ...A pewnego dnia nastanie wielka susza i zabraknie Martina, a cała społeczność skostnieje w naddźwiękowym popłochu. Brnąc dalej w pasję Dyzia oraz cały ten intelektualny bełkot, Proszę Państwa, warto ujawnić, co tacy ambitni koledzy Zyzia z teatru robią w dni powszednie (gdy Zyziek siorbie mleczną z ryżem).

Wiesiek, główne role męskie (na spółę z tym wiadrem z pomyjami), robi za amanta, w domu starą goni do roboty i klnie jak Szewczyk Dratewka.

Ziuta – robi za zapaśnika i zecera, a Doris za podnóżek dla swego maczo (czyli faceta z maczetą).

Pan Antoni, role charakterystyczne, zmywa naczynia w Pizza Hut (pol. Picca Chudź do gęby) i pisze doktorkę z teorii transportu wodnego.

A gdzie jest w życiu aktora teatr ? Prosta sprawa, nigdzie. W dupie. Na próbie i premierze. To po co jest teatr? Żeby popajacować ( i jeszcze za to zapłacą) udając, że w życiu jest to samo, co na scenie. No i się zgadza, bo w życiu jest tak samo, ale w Życiu Warszawy, jak mawia pewien nasz znajomek.

W sumie to, co w całej tej instytucji teatrem zwanej fascynuje, to rola wiadra z pomyjami. Aktor jest rzeczą ułomną, ma kolki i zaparcia, a wiadro? Jest z tworzyw sztucznych albo cynkowane (nam chodzi o cynkowane), pełne, a jeśli opróżnisz, to jest wewnętrznie puste. No i ten sens istnienia. Wiadro jest, bo zostało stworzone, wyprodukowane lub jeśli wolicie, wykreowane, a nie, jak mawia zbuntowana młodzież, zrobione przez starych. W związku z czym bunt wiadra dotyczy nie sensu istnienia, lecz własnej formy (czemu nie jestem szybkowarem, czy nie mogłem być, o zgniła komercjo, grillem)... Jeszcze czegoś tu brakuje. Mandragora oplotła me ręce, a słowa spleśniały na deszczu. Czy słońce  jeszcze wróci ? Śmiemy wątpić, bo naukowcy stwierdzili, że lato i zima okej, a reszta zaniknie. I co dalej, jegomać ? Kupimy sanki i narty wodne, a rowery górskie fakof ? Problem jest w ambitności. Kozy się cielą, cielaki się świnią, ludzie szmacą i na giełdach tracą. Upodlenie i hodowla mrówek. Inwazja szczeżui i statek na Maltę. Dekoracja odjeżdża, lato zamienia się w Bońka (tak, tak, tego Bońka), a wiosna w cukierki dziadka Mariolki. System upada, komary jedzą fasolę, jest fajnie i kulturalnie. Wiadro na pomyje żegna wszystkich tradycyjnym Dażbór. I to wystarczy nawet wytrawnemu odbiorcy. Wchodzi pan Antoni i Doris przebrani za tramwaj, za nimi reszta aktorów niesie Wieśka na materacu z owczych piór. Zyzio przewraca się o kant dupy. Tak kończy się sztuka...

Wyjątkowa historia. Pokochasz sztukę teatralną, a tu koniec. No to lepiej nie kochać, czego i Wam życzymy. Kurtyna w dół. Brawa.

Zyzio
Ulubiona scena teatralna Zyzia - Księgowy oblicza zawartość tłuszczu - sztuka "Koń ochwacony" P. Coelho


***************************

Kak  naciaŁsja  pankrok ?

* Gruntowny szkic socjologiczny na temat początków pewnej subkultury *

 

To było klasyczne zmęczenie materiału, moi drodzy. Jest połowa lat 70 - tych XX wieku. Chipiesy nie wyrobili na zakręcie. Sytuacja: w kółko te elesdi i heroiny, a na deser marihuana w sosie pieczarkowym. Otumanione towarzystwo chodziło, nie wiedzieli nawet, że Rysiek Szurkowski trzeci raz Wyścig Pokoju wygrał, Jerzy Dobrowolski zagrał w „Motodramie”, za Edwarda Gierka można było gitarę elektryczną kupić w sklepie RTV AGD „1001 Drobiazgów” w Rymaniu, a Wietnamczycy skopali odbyty dzielnemu narodowi amerykańskiemu w biały dzień. Żeby chociaż rozrywka... Akurat właśnie to padło na pysk. Załamka - teatr czy film  zakręcone jak naleśnik, standardowo tłukły Szekspira na motorach i gołe baby w adidasach jako gorycz istnienia, a przechodząc do sedna sprawy: Muzyka wszystkiemu jest winna, albo nawet muzyce wszystko zawdzięczamy. Przyczyna ? Wyszło takie ówczesne Pink Flojd (fani mawiali: Flojdzi) albo Led Cepelin - po polsku kapela zwałaby się Sterowce albo Balony Cepelia - więc wyszła taka gwiazda dziecikwiatybend i grała następująco (ortodoksyjnym punkowcom radzimy po dobroci wyłączyć sekundniki, bo wam się zegarki spocą): dwanaście chwytów, osiem + osiem chwytów (w tym cztery barowe), wchodzi wokal, w tekście coś o  drodze człowieka, haju, podawaniu rąk wokół Ziemi, odlotach w purpurze i miłości we siedem, potem jeszcze sześć chwytów, refren przydługi i... tu dochodzimy do samego źródła kryzysu: solówka. Solówka - taka szpanerka dla gitarzysty chipiesa (czipsa).

Wali sobie przeciętny chipies (czips) - słuchacz w kanał, jak Jesus Christ Superstar z tego kitowatego filmiku przykazał (może chodzi nam o „Hair” o głupku, co za kumpla poszedł kopyrtnąć na wojnie  też na haju), jedna, dwie, trzy działy, mało nie wykituje, a tu dopiero 70 % solówki ten tam artysta wydobył z siebie w ramach  samorealizacji. No nudy, po jakichś kilku latach czipsi, choć otumanieni też się zorientowali, że balona z nich robią, kiedy sobie tak smacznie kimią pod sceną na tych tam łódstokach i monterejach. Raz jacyś goście (endżelsi im było) na motorach próbowali ich obudzić, ale też musieli być naćpani, bo poza rozjechaniem Murzyna na Stonesach nic nie wskórali, towarzycho spało dalej, co najwyżej Murzyna kwiatami obsypali, żeby go gliny nie znaleźli i żeby miłość była. Coś trzeba było z tym zrobić i to zaraz. Nawet weterani rock`n`rolla pamiętający zdrowe czasy skrewili w tem okresie, jak chociażby kapela Joko Łono Bend, gdzie wyła żona Dżona Lemona, po naszemu Janka Cytryny, iksajentrik japan mjuzisian z okularami lajk u kosmonauty, albo Biczbojsi, nawet ci weterani wpadli w złe nawyki, się nawet topili po basenach, też na haju. Rekordy się posypały a la Adam Małysz  solówki po 15  - 20 minut, męczarnia intelektualna i fizyczna.

 I stało się. Gdzieś w okolicach 1975 roku młodzież się wkurwiła (tak brzydko się to nazywało w połowie lat siedemdziesiątych) i zrobiła rewolucję, ale gruntowną, żeby nie trzeba było poprawiać. Trzeba przyznać, że solidnie się chłopcy i dziewczęta do roboty wzięli, zmiłuj nie było wtedy w dobrym tonie dla nudy i rozlazłych dźwięków. Żadnego tam otumaniania i solówek wyczynowych na czczo. Nowe założenia powstały (proszę notować): kudły w górę, bo się mniej kurzą i mniej łupieżu, dodatkowo wzrosła higiena uszna, bo narządy te ujrzały światło słoneczne. Fabryki zaczęły właśnie wtedy produkować znane do dziś patyczki higieniczne (wtedy znane jako: douszne). W kwestii muzycznej dokonała się najważniejsza reforma: solówki do kosza, nie ma się co przyznawać, że gitarzysta zapomniał, co ma grać (bo na przykład kawałek zaczął się 40 minut temu, sklerozę ma, to niech gra minutę czy półtora) i ściemnia solówę, bo czipsy i tak się nie połapią, żadne tam takie „dam ci kwiatka, bo cię kocham zabójco dwanaściorga albo prawicowa świnio, co  mnie na wojenkę wysłałaś ewrydej orajt” i zapalniczki w górę i te rzeczy (też na haju). Spodnie dzwony również padły, bo moda też się przestawiła: spodnie wąskie, nie wstydźmy się, proszę państwa, skarpet w słoniki i butów, nawet brudnych i zimowych. Aha, zapomnielibyśmy o najważniejszym: CZAD. Czad, czad, czad (x 20), dużo czadu, im dalej od 1975 roku (The Ramones powiedzieliby wręcz: od 1974 roku), tym szybciej i więcej wygaru. Młockarnia, elektrociepłownia, ciągnik, jak się zarył w błocie, odkurzacz „Zelmer”, trasa nr 6 Gdańsk - Szczecin przez Rymań, kopalnia „Wujek” przed plajtą i odrzutówka, krótko mówiąc czad czadoski.

Tak naciałsja pankrok, z młodzieżowego buntu. Chipiesy miały łupież, a włosy w dół szybciej wypadały niż te w górę, nawet na cukier z trzciny cukrowej. Stąd, kto się spóźnił z pankrokiem, został na skutek problemów z owłosieniem skinheadem albo biznesmenem. I jedni i drudzy od tamtej pory już zmarli, a niedobitki udają fanów sportowych zawodów (szalikowcy i czapkowcy z nausznikami w kształcie Ziutka Kołomira) albo emerytów. A czemu nazwa punk ? Skąd taka ? Bo nie dupa albo Natalia Kukulska przecież. I nie papież, drodzy przyjaciele. Koniec. Dziękuję za uwagę, tantiemy za przedruki proszę przekazem pocztowym. Aha, zyski z tantiem przeznaczę na węgiel i okno plastikowe do kibla. A jak starczy to na konwerter do satelitki i zeza. Do widzenia.
Wiadomość z ostatniej chwili: okno i węgiel już mam. Może wymyślicie, co mam kupić, żebyście nie krzanili, że pieniądze podatnika źle wydaję.Czekam na pomysły.
I przemyślcie sobie ten tekst, żebyście potem głupich pytań nie zadawali.

Punks not dead!


STRONA GÓWNAPage gowna