Zabójcze Przygody Franki Skariepaty


Salatka

chili...

PIERWSZA W ŻYCIU PO CHRZCINACH I UKĄSZENIU PRZEZ MRÓWKĘ PRZYGODA FRANKI SKARIEPATY !!!

Sałatka z ogórków wyglądała po paru dniach jak fryzurka Hendrixa – total przester afro (tylko Kędzierzawy Stefan ma lepszą). No łajld fing, więcej nie powiem.Tego feralnego dnia Franka Skariepata – 110-centymetrowa, 14 – letnia punkówa w skórze z wysmarowanymi plakatówką EXPLOITED i O.K.W zgubiła klaser. Klęska pod Maciejowicami normalnie. Załamka. Seria z Gagarinem, znaczki Poczta CCCP ze zwierzem Wychuchol (to bydlę to w ogóle temat na osobne dzieło), skancerowany Piłsudski, niebieski Hitler i wiele, wiele innych po prostu wyparowało. Pstryk i klaser znikł. 

A wiecie, jak jest Franka (a może lepiej, że nie wiecie), od buzi do kopa w mordę trzy kroki. To tak, jak stracić psa, tylko klaser nie szczeka i nie śmierdzi, chyba, że klejem do znaczków, ale to ciężko wyczuć. Franka niezwłocznie rozpoczyna poszukiwania klasera. W tej chwili w stylu leniwych twórców tej powieści vel REDAKTORÓW byłoby oznajmienie, że akcja zmierza ku końcowi, bo Franka kopie w pierwszy z brzegu kosz na śmieci i słyszy szelest znaczków i krzyk złodzieja. I co, może jeszcze krew na rękach Franki i akcja skończona? Że już niby się można rozejść do domów ? A gówno z kminem ! Franka i owszem (zawszem, wywszem, wewszem) skopała kosze w całym mieście, aż się jej prawy glan rozwalił (była prawonożna), a klaseru ni widu, ni słychu, ni czuju szczeżuju. Szajse w sztabkach, nie ma !
My już byśmy ręce załamali, podarowalibyśmy sobie nawet ten ważny znaczek z Wychucholem. Ale nie Franka ! Pierwsze co zrobiła po naprawieniu buta (drutem), było do przewidzenia. Zwaliła kabana na dolną półkę. Normalna rzecz. Lecz co miała zrobić dalej ? Po raz pierwszy nie miała pomysłów. A może by tak wreszcie poznać sąsiadów ? Może i to jest jakieś wyjście. Ta koncepcja nas przekonuje.

Zapukała w najbliższe drzwi. Cisza. Się znaczy nikto nie je doma.

-         Puk, puk – zastukała w drugie drzwi.

-         Wumms, drrracht, gniocht – zgrzytnęło, piarło, stuknęło. Drzwi się z trzaskiem otworzyły

i stanął w nich mniej więcej rówieśnik Franki z rzednącymi włosami wiejskiego filozofa i limem pod lewym okiem.

Nie był wcale zdziwiony:

-         Wiem, wiem, kojarzę. Znajdziemy ten zasrany klaser. A ja jestem twój przyszły najlepszy przyjaciel Ulrich von Schtaba. Lubię bobsleje i nagrywanie z Vivy Cwaj na wideo. Moje marzenie: zostać Świętym Mikołajem i więcej włosów. A teraz do rzeczy !

Ulrich przygładził smalcem niesforną grzywkę (hen, na wysokim czole) i strzelił glutem całkiem celnym (w Rymaniu mówią: zaharał) w pająka krzyżaka gatunek Hakenkrojc Grunwaldzki z rodziny grunwaldus germanis .

Pająk zawył:

-         Du szwajne fafluchta partizanen ! – i utopił się w glucie. Aha, zdążył zrobić jeszcze takie „pflsz, pflsz”, ale w niczym nie zmieniło to jego sytuacji strategicznej. Nie warto być pająkiem.

Wróćmy więc do Ulricha:

-         Wróciliście do mnie? – upewnił się – pieprzyć pająka, jak glutek wyschnie, to go zdrapię i sprzedam turystom jako jaszczurkę w bursztynie.

Przypomniawszy sobie o honorach pana domu, Schtaba poprosił zniecierpliwioną nieco Skariepatę, by w końcu weszła i się rozgościła, po czym poszedł umyć się pod pachami. Zanim wrócił, Franka zdążyła już wyciągnąć z trzydrzwiowej szafy na majty swój klaser owinięty w majty nieokreślonej barwy. Jej klaser.

-         ,Kto ci pozwolił ?! – wkurnił się ten pan, co mu imię od nazwiska „von” (po polsku: „precz”) rozdziela – miałaś to pindo znaleźć na końcu powieści !!!

-         Sorry, nie wiedziałam, a poza tym te majty (ang. mighty) w dzbanki. Takich jeszcze w swoim zbiorze nie miałam.

-         Nie miałaś ? – zdziwił się ochłonąwszy Schtaba – u mnie ich w brud czyli taką płyciznę na rzece.

-         E, kitujesz. Powaga ?

-         Żebym tak Matki Boskiej Kukurydzianej nie dożył !

-         Te, kizior, powiedzmy, że ja ci ten klaser pożyczyłam. Daję ci niebieskiego Hitlera i serię Mundial 78 za te majty. Brakują mi do serii !

-         Te tutaj ? Opierdziane ? Toż to kancery z brązowym rowkiem. Bierz za darmoche.

-         Ach, no to od dzisiaj jesteś moim najlepszym przyjacielem i dam ci xero znaczka z Wychucholem !

-         Okej, lecgoł ! – szczerze się Ulrich ucieszył – tyle nas w końcu łączy: seria majtów, słuchanie O.K.W (zdecydowanie najlepsza kapela w ich gminie) i pierwsza litera nazwiska...

Dla REDAKTORÓW takie rozwiązanie akcji jest jak najbardziej do przyjęcia, już się obawialiśmy, że Franka po raz pierwszy da plamę, a znaczek z Wychucholem szlag trafi. 
A Franka Skariepata i Ulrich von Schtaba już po chwili zgodnie grali  w siatę rolką kryzysowej srajtaśmy. Sielankowe zakończenie. Aha, nie wiesz drogi czytelniku, co to ten kryzys był? Znaczy się, że ludzie mieli tyle kasy, że towarów nie starczało, normalnie potykali sie o banknoty. Ponadto 22 lipca było święto i festyn ludowy (pite było), no i czekolady się nazywały „22 lipca”, a nie jakieś „Pepsi Wedel Bosch udarowy Reebok S.A”. Krótko mówiąc było jakoś bardziej swojsko, opakowania produktów i służba wojskowa bywały zastępcze, a śmietana i mleko w butelkach. Dobra, za dużo przemyśleń historycznych, a za mało rozrywki szeroko pojętej. Cieszmy się, że Franka znalazła przyjaciela i serię z Wychucholem, więc na koniec kawał komputerowy: czym się różni Windows od jeża ? Jeż się nie zawiesza i nie trzeba go aktualizować.

KONIEC

wychuchol

FRAnKA SKArIEPATA
Ô 
ZDOBYWCY WYSPY KRETA (SKJÖRVESENA).

...O! Kupacja! - zauważył Grzegorz wchodząc w kupkę odchodówkę mniejszą, a łysa krościata pała urodził coś ze 3 ratlerki bez papierów. I tak, jak w literaturze religijnej, owieczki boże spasożytowały łąkę, zerwawszy się z uwięzi, aż przesadziły. Autoalarm obudził Frankę w trakcie snu o przygodzie subtropikalnej. Zlana potem (przedtem też) w około 8 sekund przekroczyła 100 km/h jak ten stuningowany Opel i rozjechała koziobrodych artystów. Co to było lamentu i wypominek. Rodzice trupów jednak zaprzestali lamentu, gdy Franka wyciągnęła rekompensatę dewizową po dobrym kursie (brakło Niemca, żeby oszukał na przeliczniku, jak już wojnę przerąbie).
- A, żył i pierdził - machli ręką starzy na swe koziobrode trupy pociech, szeleszcząc kieszonkowym pocieszeniem na merca.
- Tacy starzy to liiipa -  pomyślała z lekką odrazą Skariepata, chowając portfel. Jej starzy byli kól ewrydej i ją kochali, jak w amerykańskich filmach dla ciołów - dzięciołów, czyli coś w taki deseń: „idę zarżnąć Ruska czy niedźwiedzia polarnego, albo oni mie, ale cokolwiek by się stało, chcę abyście wiedzieli, że was kocham”. No, znacie to na pewno, pół filmów ma ten kit. Amerykany się straśnie kochają, tylko wskaźnik rozwodów im nie wychodzi, bo mają najlepszy. To denerwowało Frankę do tego stopnia, że na imprezie pokazowej znanego zwolennika Ameryki i napalmu w Wietnamie (bo te, co rzucali, też Hendrixa słuchali)  Jerzego PZP (Pingle z przeceny) skasowała trzynastu rozwodników i coś. A może piętnastu, jak 15 strzałów rozległo się w Sarajewie. Franka Skariepata z domu Sztyrlic orzekła potem: „spieprzyłam mu normalnie imprezę, zatkało go i nie było żadnego jedzta co chceta czy siema kaszaniarze, że nawet darmowego browara ludzie już nie chcieli i poszli z tego siemranego balu na piwo do nocnego. W związku z tem talentem, co go wykazałam, za następne 15 lat będę miała gód prosperity karate klub w centrum wiochy i nie, nie, nie, nie sprzedam nigdy się”.
- Może by pograndzić troszeczkę? - rozbudził się z groba Kędzierzawy Stefan (nie raz pierwszy i miejmy nadzieję, że ostatni).
- A masz ty w tą durną, kudłatą łepetynę -  hukła z karata Franka i problem mniejszości narodowych w gminie znowu wrócił do encyklopedii.
No to o czym by tu jeszcze w tak podniosłej chwili ?  O Beniu.
- Beniek, masz szelki ?
- Nie mam.
- Aha !
Rodzina sama wykopała dołek, bo Franka na ogół jest fajna, ale nie dla takich łajz. Beniek był z tej działki, co jakby co, to prawa górna kończyna w górę pod kątem 43 stopnie i był zbędny po prostu. Normalnie jedno wielkie Di Ercte aus Berlin, jak mówią Berlińczycy. Chociaż w żadnym odcinku na żadną Kretę czy kretyna nie wyszła, to zawsze chodziło jej o to, żeby głównie na fleta nie wyjść, tylko od serca szczerze z kumplami, a jak organizm się odwodni, to nawet z piwerem wyskoczyć, czego i Wam Franka życzy. Amen.

STRONA GÓWNAGówno